Wpisy archiwalne w kategorii

Bikepacking

Dystans całkowity:1705.74 km (w terenie 1288.00 km; 75.51%)
Czas w ruchu:158:20
Średnia prędkość:10.77 km/h
Maksymalna prędkość:68.02 km/h
Suma podjazdów:37748 m
Maks. tętno maksymalne:176 (88 %)
Maks. tętno średnie:139 (69 %)
Suma kalorii:79561 kcal
Liczba aktywności:26
Średnio na aktywność:65.61 km i 6h 05m
Więcej statystyk

Powrót z GSB do Przemyśla

Czwartek, 10 lipca 2014 · Komentarze(0)
Wczoraj udało mi się załatwić nocleg w schronisku młodzieżowym w Lutowiskach, więc spokojnie ruszam w drogę powrotną. Ostatecznie nie mogę sobie darować i postanawiam zajechać nad jezioro Solińskie - jakoś mam sentyment do tego miejsca.


Jezioro Solińskie
Jezioro Solińskie © px

Nie mogę też darować sobie kąpieli w jeziorze - zwłaszcza w taki upał. Zjeżdżam więc do plaży w Polańczyku i jazda do wody! Nie ma to jak zasłużona kąpiel po takiej wyprawie - taka nagroda to jest to.


Pływamy w Solinie
Pływamy w Solinie © px

Chwila relaksu, ale czas ucieka i trzeba ruszać dalej. Stąd kieruję się już najkrótszą drogą do Przemyśla na pociąg gdzie postanawiam zrobić małą niespodziankę dla Niny i przyjechać wcześniej niż planowałem - aby napotkana tablica z nazwą miejscowości "Kwaszenina" była dobrym znakiem :)


Kwasze-Nina
Kwasze-Nina © px

Wracałem też przez Arłamów gdzie znajduje się luksusowy hotel z lądowiskiem dla helikopterów. Tutaj na tej trasie mija mnie przynajmniej 30 białych busów z ukraińskimi rejestracjami - możliwe to sprawka konfliktu na Ukrainie. Trasę w sumie to powtarzam - jechałem też tędy kilka lat temu z Kamilem. Tylko tym razem do połowy drogi położyli asfalt nówkę sztukę.

Panormama Arłamowa
Panormama Arłamowa © px

Z przełęczy Arłamowskiej już leci się ładnie w dół przez kilkanaście kilometrów. Dalsza droga do Przemyśla jeszcze trochę faluje, ale już znacznie mniej. Za to systematycznie powiększa się ilość pól i przez co wspaniałych widoków - zwłaszcza w zachodzie słońca.

Ładny widok
Ładny widok © px

Rozbijam się na dziko zaraz pod Przemyślem niedaleko ruin. Nie był to dobry wybór - atakują mnie hordy ślimaków w otoczce nieprzyjemnego zapachu okolicy. Jako, że to tylko kilka godzin snu do porannego pociągu kładę się spać i korzystam z luksusu wypoczynku. Wyszedł mi całkiem dobry czas pomimo tego, że za bardzo się nie śpieszyłem. 
Teraz tylko wrócić pociągiem do Mińska i odpowiednio miło przywitać Ninę - wyjazd uznaję za udany i zakończony. Chwilowo mam dość gór, a przynajmniej jazdy po nich :)

Bikepacking Główny Szlak Beskidzki - dzień 11

Środa, 9 lipca 2014 · Komentarze(2)
Zapowiada się, że to już jest ostatni dzień mojej wyprawy. Jest to dzień Bieszczadzkiego Parku Narodowego, który stoi pod znakiem zapytania ze względu na zakaz poruszania się rowerów m.in. po GSB i innych szlakach pieszych. Od kilku dni zastanawiałem się jak do tego podejść, ale nie mogę sobie odpuścić zobaczenia chociaż jednej typowo bieszczadzkiej Połoniny. Postanawiam więc pokonać Połoninę Wetlińską.

Bieszczadzki Park Narodowy wita
Bieszczadzki Park Narodowy wita © px

Noc była bezdeszczowa, ale od rana zaczynają się zbierać na niebie ciemne chmury. Na pewno nie odpuszczę i wspinam się powoli do góry. Na szlaku jest na razie pusto. Już wchodząc do samego parku witają mnie oznaczenia ostrzegające przed niedźwiedziami - jak to w Bieszczadach. Infrastruktura jest dobra - ładna wiata i tablice informacyjne.

Trudne podejście pod Smerek
Trudne podejście pod Smerek © px

Na szczyt Smerek rower dosłownie wnoszę - jest tam bardzo stromo i wypycham rower po stopniach wyłożonych kamieniami. Na samym szczycie znajduje się krzyż spod którego rozpościera się ładny widok na okolicę, a przynajmniej tak powinno być, bo ja trafiłem na wszechobecne chmury. Dodatkowo zaczyna też padać deszcz, na razie całkiem mały.

Szczyt Smereka
Szczyt Smereka © px

Sprowadzam rower do przełęczy Orłowicza - z tym Panem miałem przyjemność rok temu podczas pokonania GSS :-) tutaj też spotykam większą liczbę turystów.

Widok na przełęcz Orłowicza
Widok na przełęcz Orłowicza © px

Z przełęczy już udaje mi się wreszcie wsiąść na rower i podjechać ładny kawałek. Jazda grzbietem Połonin jest czymś niezwykłym. Jedziemy tak jakby polem tylko na wysokości ponad 1000 m n.p.m. Coś niesamowitego! Podobny widok miałem pokonując rumuńskie Karpaty, ale to z drogi asfaltowej - tutaj to już czysty teren bez samochodów.

Kamienista ścieżka
Kamienista ścieżka © px 

Deszcz rozpadał się na dobre - jadę cały czas przed siebie, aby tylko dostać się do schroniska Chatka Puchatka. Fragmentami da się nawet jechać, często jednak trzeba zasiadać z roweru, aby ominąć poziomo ułożone kamienie które tylko czają się do przecięcia opon.

Na szczycie w chmurach
Na szczycie w chmurach © px

Po drodze nie brakuje wnoszenia roweru pod szczyty - bardzo stromo i do tego ślisko po deszczu. Dodatkowo są skaliste, więc przenosząc rower po kamieniach w butach SPD trzeba bardzo uważać. Cały czas towarzyszy mi widok na chmury które zasłaniają wszystko wkoło - trzeba będzie tutaj jeszcze wrócić i trafić na lepszą pogodę.

Połoniny w chmurach
Połoniny w chmurach © px

Czym bliżej schroniska jedzie się już zdecydowanie lepiej. Po kilku kilometrach wyłania się spośród chmur - chciałem tam spokojnie odpocząć, ogrzać się. Wchodzę do środka, a tam istny sajgon. Dosłownie człowiek na człowieku, duszno od potu i mokrych ludzi. Nie ma mowy o wyschnięciu. Bliska odległość od parkingu robi swoje. Za to schronisko samo w sobie jest bardzo ciekawe - nie ma tutaj bieżącej wody - trzeba chodzić do pobliskiego źródła. Nie ma też prądu - jest wywieszona stosowna karta, że nie posiadają lodówki, więc proszę się nie pytać o napoje z lodówki. Za to tą funkcję idealnie spełnia chłodna piwnica :-)

Chatka Puchatka - Bieszczady
Chatka Puchatka - Bieszczady © px

Ruszam więc w dół żółtym szlakiem zamiast czerwonego, który w tych warunkach jest walką o życie podczas sprowadzenia - już kilka osób mi to potwierdziło. Zjeżdżam więc po kamieniach i pośród płynącej wody. Mijam cały czas wielu turystów - dziwią się, że w ogóle da się tędy jechać na rowerze, a miejscami jest faktycznie stromo. Końcowy zjazd po błocie, polu i docieram do parkingu.

Tutaj też kończy się moja przygoda z Bieszczadzkim Parkiem Narodowym. Generalnie do jazdy się nie nadaje - zakaz rowerów, dużo wypchania i prowadzenia po kamieniach. Za to dla samym widoków warto jest się tam wybrać. Chociaż wszystko mi przykryły chmury i deszcz to pomimo tego miało to swój urok. Stąd też postanawiam jechać do Wołosatego prosto asfaltem, omijam więc Tarnicę i resztę Połonin. Podjąłem tą decyzję głównie, że tam praktycznie nie da się jechać i jest zakaz dla rowerów - zresztą potwierdzili mi to inni turyści. Swoje by dołożył niezły ruch na tym odcinku szlaku. Tak więc zaliczam schronisko w Ustrzykach Górnych i po kilkunastu kilometrach docieram do Wołosatego. Oprócz sklepu i parkingu nic tam za bardzo nie ma. Odpowiednio się prezentuje jak na miejscowość położoną najbardziej na południe.

Koniec GSB!
Koniec GSB! © px

Tak więc po 10.5 dnia podróży dotarłem do końca szlaku, jestem przy końcowej czerwonej kropce! Radość jest wielka głównie dlatego, że naprawdę nie było lekko. Było to nie tylko ogromne wyzwanie dla sprzętu który bardzo mocno oberwał, ale przede wszystkim dla psychiki. Nie raz chciało się zawracać podczas jazdy w błocie czy deszczu, ale mimo wszystko się udało. Bardzo motywująco działały widoki rozpościerające się z gór oraz niezastąpione okazało się wsparcie mojej kochanej dziewczyny Niny - dziękuję! Przy Głównym Szlaku Beskidzkim, Główny Szlak Sudecki okazał się bardzo miłą przejażdżką, ale za to bardziej dziką.
Każdy kto chce się zmierzyć z górami w pełnej okazałości polecam przejechanie / pchanie przez GSB!

Urwane szprychy
Urwane szprychy © px

Podsumowanie w liczbach

- 561,69 km
- 66,5 h jazdy w 10,5 dnia z czego 4 dni deszczowe
- 17715 m przewyższeń, maksymalne dzienne 2561 m
- 42438 spalonych kilokalorii
- 3 urwane szprychy
- 2 zużyte komplety klocków hamulcowych
- 1 zużyta opona (napędowa)
- 1 kapeć
- 1 zniszczona para butów SPD wraz z blokami
- 1 zgubione poncho
- 1 rower do generalnego przeglądu

Ubłocony rower
Ubłocony rower © px
Zniszczone buty
Zniszczone buty © px

Podsumowanie / Informacje

Szlak generalnie jest bardzo ciężki. Do Radziejowej mamy dużo pchania, a wiele zjazdów jest w rynnach i po luźnych kamieniach, które jak zacznie padać deszcz zamieniają się w strumień. Wtedy następuje istna walka. Nie wszystko też oczywiście da się zjechać.
Od Radziejowej sytuacja ulega poprawie i można już sprawniej pokonywać dłuższe odcinki na rowerze, Bieszczady tutaj wiodą prym.
Zakaz dla rowerów obowiązuje w Babiogórskim Parku Narodowym gdzie można go objechać innymi szlakami oraz w Bieszczadzkim Parku Narodowym gdzie już niestety nie ma takiej opcji i ostatnie kilometry trzeba pokonać asfaltem.
Infrastruktura turystyczna jest bardzo dobra. W ciągu dnia miałem często kilka schronisk czy pól namiotowych, nie musiałem specjalnie kończyć dnia dlatego, że odległość do następnego była duża - po prostu tak dobrze wypadło.
Polecam odpowiednio przygotować rower, zrobić jego generalny przegląd. Sprzęt w górach dostaje niemiłosiernie i codziennie wieczorem musiałem go przeglądać, aby nic z zaskoczenia mi nie odpadło powodując niebezpieczne sytuacje.

Bikepacking Główny Szlak Beskidzki - dzień 10

Wtorek, 8 lipca 2014 · Komentarze(2)
Wstaję rano przed ekipą survivalową. Jak tylko wczoraj zaszło słońce pojawiała się niemiłosierna wilgoć. Namiot i rower cały mokry - biwak jest na trawie, a i pobliska rzeczka robi swoje. Zbieram graty i ruszam powoli na podbój Chryszczatej - zresztą chłopaki zaraz po mnie. Trochę podjazdu, trochę pchania i już jestem przy jeziorach Duszatyńskich. Prezentują się bardzo ładnie - nigdzie po drodze nie spotkałem takich jeziorek pośród gór i to jeszcze w lesie.

Jeziorka Duszatyńskie
Jeziorka Duszatyńskie © px

Docieram na Chryszczatą - właśnie powtórzyłem mój pierwszy podjazd w górach. Miejsce trochę się zmieniło, pojawiła się wiata. Stąd też jest oznaczone odbicie do studenckiej bazy namiotowej Rabe.

Chryszczata
Chryszczata © px

Ruszam dalej w stronę przełęczy Żebrak. To miejsce też dobrze zapamiętałem - jechałem tędy z Kamilem podczas wyprawy z sakwami w 2011 roku. Tutaj też pojawiła się wiata - nówka sztuka.

Nowa wiata na przełęczy Żebrak
Nowa wiata na przełęczy Żebrak © px

Kawałek za przełęczą zaczynają dobiegać do mnie odgłosy burzy - zapowiada się grubo, a ja zgubiłem poncho. Niby kupiłem awaryjnie foliowe za 5 zł, ale jakoś mu nie ufam (ze względów oczywistych). Jedzie się tutaj bardzo przyjemnie - można pokonać dłuższe odcinki bez większego pchania pod górę.

Piękna ścieżka do jazdy
Piękna ścieżka do jazdy © px

Nie mogło też zabraknąć ciekawych technicznych fragmentów przez skałki. Ja postanowiłem sobie darować i zwiększyć szanse mojej opony na przetrwanie.

Droga przez skałki
Droga przez skałki © px

Po drodze spotkałem też hubę która ku memu zdziwieniu dosłownie konsumowała gałązkę! Czyli tak ona pasożytuje na drzewach :)

Am am jem gałązkę!
Am am jem gałązkę! © px

Dłuższy zjazd z Wołosania, pieczątka w bacówce pod Honem (pozytywny typowo rockowy klimat) i po chwili jem śniadanie w Cisnej. Wyjeżdżam z miejscowości dosłownie mostem po torach i stąd już głównie pchania pod małe Jasło. Myślałem, że udało mi się uciec od burzy, ale pojawiają się kolejne grzmoty w okolicy - co jak co, ale burzy z piorunami w górach najbardziej nienawidzę. Na starcie pojawia się też ciekawe oznaczenie szlaku - strzałka do góry. Chyba nie chodzi o to, aby się wspinać po słupie na druty pod napięciem? :)

Po słupie na szlak!
Po słupie na szlak! © px

Udaje się wspiąć na szczyt gdzie spotykam ekipę co idzie dalej czerwonym szlakiem, krótka rozmowa i w obliczu zbliżającego się kataklizmu ruszam dalej - aby tylko do Fereczatej i zjechać z tych cholernych szczytów. W górnych partiach często jedzie się przez pola trawy i roślin z naprawdę dużymi liśćmi - wtedy odgłos opon jest niepowtarzalny. Wszystko oczywiście na singletracku.

Pięknie polami i granią
Pięknie polami i granią © px

Na Okrągliku do czerwonego GSB dołącza słowacki czerwony szlak graniczny - oczywiście zlewają się w jedno i szukam ładny kawałek mojego GSB, a grzmoty powodują dodatkową presję. Okazuje się, że trzeba pojechać kawałek wzdłuż granicy, a później w lewo w dół.

Burzowe chmury
Burzowe chmury © px

Bardzo przyjemnie i szybko zjeżdżam do Smereka gdzie rozbijam namiot w ośrodku wypoczynkowym. Wtedy też zaczyna padać deszcz - tym razem udało mi się uciec.

Bikepacking Główny Szlak Beskidzki - dzień 9

Poniedziałek, 7 lipca 2014 · Komentarze(0)
Całe szczęście trochę się rozpogodziło przez noc i na razie nie zapowiada się na deszcz. Zwijam obóz, śniadanie pod spożywczakiem i zaczynam dzień od podjazdu pod Suchą Górę. Po drodze mijam ciekawą instalację - strzelam, że do wydobywania ropy (przynajmniej tak podobnie wygląda to w filmach ;) )

Wydobywamy ropę! :)
Wydobywamy ropę! :) © px

Wyjeżdżam z jednego miasta zdrojowego i zaraz trafiam do drugiego - Rymanów Zdrój. Tego typu miast nie da się pomylić - dużo parków, bardzo zadbane, ładnie oznaczone i z dobrą turystyczną infrastrukturą, również tą która wspiera aktywny wypoczynek.

Rymanów Zdrój
Rymanów Zdrój © px

Podjeżdżam powoli do góry docierając aż do pól. Tutaj też znajduje się przełom rzeczny Wisłoka. W tym czasie słońce jest coraz wyżej i zapowiada się naprawdę upalny dzień.
W Puławach Górnych odpoczywam w cieniu przed długim, polnym podjazdem w otwartym terenie na Skibce - woda na pewno będzie szła litrami. Tutaj już jest odczuwalny klimat Bieszczad. Pojawia się zdecydowanie więcej odcinków przez pola, jest mniej schronisk czy ogólnie infrastruktury turystycznej.

Droga przez pola
Droga przez pola © px
Pięknie przez pola
Pięknie przez pola © px

Osiągając niecałe 800 metrów wysokości teren utrzymuje wysokość, aż do Tokarni gdzie zjeżdżam centralnie przez pola paląc klocki hamulcowe. Wszystko dzieje się z niesamowitym widokiem na otaczające mnie góry i po chwili podjeżdżam pod Kamień. Tutaj koło strumyka gdzie się chłodzę spotykam bardzo sympatyczną ekipę surviwalową której większą część stanowią dziewczyny. Rozmawiam chwilę i zostaję ostrzeżony przed niedźwiedziami - podobno grasują i polują na ludzi (a właściwie nim jest jeden z instruktorów) :-)

Skałki na Kamieniu
Skałki na Kamieniu © px

Chwila postoju pod skałami na szczycie Kamienia - bardzo ładne miejsce. Na podjeździe spotkałem jeszcze trójkę rowerzystów - ojca z dwoma synami. Jadą po GSB do Turbacza, niestety w taki upał i bez nakryć głowy... Na otwartym terenie dochodzi spokojnie do 40 stopni.

Upał że hej!
Upał że hej! © px

Tutaj szlak bardzo często prowadzi singlem po którym jedzie się bardzo przyjemnie - miła odmiana dla typowej Beskidzkiej rąbanki po kamieniach. Przez pola docieram na Wahalowski Wierch. Bardzo ładnie oznaczony szczyt z punktem triangulacyjnym. Wkoło też rozpościera się wspaniały widok na pola.

Rower pośród pól
Rower pośród pól © px

Niestety kawałek przed nim zaczęło mi schodzić powietrze z tylnej opony... Jakoś pompuje i chcę dojechać w cień, aby tam zmienić dętkę. Niestety sytuacja mi nie pozwala, bo najpierw na polach gubię szlak i powietrze zaczyna coraz szybciej schodzić... Nie pozostaje nic innego jak serwis w pełnym słońcu. Przynajmniej widoki są dobre.
Odnajduje szlak i już zjazdem docieram do Komańczy. Jest to dla mnie szczególna miejscowość ponieważ tutaj w 2008 roku pierwszy raz byłem z kolegą Rafałem na rowerze w górach. Wtedy to była typowa jazda na przypał ze sprzętem jaki wtedy się miało. Bardzo miłe wspomnienia - widać jaki zrobiło się postęp od tamtego czasu.

W Komańczy - wpomnienia
W Komańczy - wpomnienia © px

A oto kilka starych zdjęć:



Miejscowość sama w sobie widać, że się rozwija - został położony nowy asfalt na głównej drodze, mostek pod naszym tamtejszym noclegiem. Poza tym to praktycznie bez zmian - wszystko jest na swoim miejscu. Pamiątkowe zdjęcie pod murkiem koło sklepu - widać teraz tutaj różnicę jak zaczynałem jazdę po górach, a jak to wygląda obecnie. Po chwili refleksji kieruje się stamtąd prosto na Duszatyn.

Duszatyn - wieś na końcu świata
Duszatyn - wieś na końcu świata © px

Duszatyn sam w sobie jest bardzo opuszczona miejscowością. Na wjeździe wita mnie jej nazwa wyryta w drewnie zawieszona nad ulicą która się rozwidla. Jest tam tylko jeden bar, a najbliższy sklep znajduje się w Komańczy.
Klimat miejscowości przypomina mi małe miejscowości z USA czy nawet z gry Fallout (pewnie za dużo w to gram). Mała miejscowość na końcu świata gdzie dochodzi jedna droga ze starymi kloszami latarni, opuszczoną stacją benzynową i barem który jest głównym miejscem lokalnych spotkań. Teraz żałuję, że nie zrobiłem tam więcej zdjęć.

Biwak pod Duszatynem
Biwak pod Duszatynem © px

Na skraju Duszatyna rozbijam się na miejscu obozowym z jedną wielką wiatą. Na miejscu spotkałem ekipę surviwalową, a właściwie trudną młodzież i instruktorów którzy chcą ich nauczyć m.in. dyscypliny. Według mnie bardzo dobra opcja - ludzie też rewelacyjni.
Najpierw wziąłem kąpiel w pobliskiej rzeczce - po takim upalnym i ciężkim dniu to jest to! Mała wskazówka - czym bardziej na środku to woda jest cieplejsza - powiedział mi instruktor z tamtejszej grupy. Dołączam się więc do nich, dostaję wrzątek, rozmawiamy trochę i później już kładę się tylko spać.

Bikepacking Główny Szlak Beskidzki - dzień 8

Niedziela, 6 lipca 2014 · Komentarze(2)
Wstaję dziś wyjątkowo wcześnie kiedy jeszcze cała baza namiotowa śpi - niektórzy nawet bezpośrednio przy ognisku. Organizuje sobie śniadanie i ruszam na Rotundę - czyli miejsce upamiętniające poległych Austriaków i Rosjan podczas pierwszej wojny światowej.

Rotunda - cmentarz pierwszej wojny światowej
Rotunda - cmentarz pierwszej wojny światowej © px

Stamtąd czeka mnie już całkiem przyjemny zjazd do wsi. Później podjazd pod Popowe Wierchy gdzie pod nimi nie mogę znaleźć oznaczeń szlaku aby wydostać się z ogrodzonego pola które jest pod napięciem - naprawdę mocno kopie :-) Spotykam też tam turystów którzy uprzedzają mnie o utrudnieniach na szlaku. Dalej to już zjazd do Krzywej gdzie zaczyna się moja przygoda.

Widok na pola
Widok na pola © px

Początkowo szlak jest dobrze oznaczony, ale w okolicach ostatniego domu czerwono-białe znaczki znikają w tajemniczych okolicznościach. Patrzę na mapę i postanawiam iść wzdłuż strumienia. Tam to jest istne przedzieranie się przez drzewa, wzniesienia, wodę - jak przez dżunglę. Po po ok pół godziny bezskutecznej walki zawracam i szukam objazdu. Całe szczęście kątem oka dostrzegam turystów którzy trafili na polu na znak - więc już dobrze ruszam ich śladem. Wcześniej po prostu zwątpiłem.
Sprawnie docieram do bacówki pod Bartnem. Bardzo specyficzne - właściwie w formie domu myśliwskiego.

Bacówka pod Bartnią
Bacówka pod Bartnem © px

Stamtąd już podjazd pod Magurę. Często prowadzi przez pola które są jeszcze podmokłe. Jakoś udaje się zdobyć szczyt z dużą ilością wypychu. Docieram zjazdem do Kątów gdzie pod sklepem dopada mnie burza - z innymi rowerzystami znajduję schronienie pod parasolem. Dostaję też cynk, że na Łysą Górę mogę podjechać drogą krzyżową (sic!) zamiast wpychać czerwonym szlakiem. Więc korzystam z tej opcji, rowerzysta odprowadza mnie do podjazdu i ruszam w górę. Udało się mi całość podjechać - walki było sporo. Za to na samej górze czeka na mnie wieża widokowa z której jest bardzo dobry widok na okolicę - było warto.

Krzyż - wieża widokowa
Krzyż - wieża widokowa © px
Widok z wieży widokowej
Widok z wieży widokowej © px

Później jedzie się dość sprawnie i zjazdem przez pola pojawiam się w Chyrowej gdzie znajduje się kilka zabytków. Stamtąd kawałek asfaltu i zaczynam fragment do pustelni św. Jana. Początkowo trochę pcham, ale w wyższych partiach jedzie się już naprawdę rewelacyjnym singlem.

Ładny widok na pola
Ładny widok na pola © px

Widoki jak i ulokowanie jest wspaniałe - fragmentami jedzie się po zboczu jedynie na bocznych klockach w oponie. W samej pustelni która prezentuje się okazale na zboczu góry znajduje się źródło w którym uzupełniam wodę.

Pustelnia św. Jana
Pustelnia św. Jana © px

Zjeżdżam do drogi krajowej nr 9 i postanawiam objechać Cergową asfaltem przez Duklę. Jest to jedyne wzniesienia przed Iwoniczem Zdrój na którym czeka mnie najpierw wypych, a później spych. Więc postanawiam darować sobie tą przyjemność. Dodatkowo pojawiają się chmury burzowe z którymi nawiązuje wyścig. Bezdeszczowa pogoda przy takich upałach długo się nie utrzyma.

Iwonicz Zdrój - namiot
Iwonicz Zdrój - namiot © px

Za to już asfaltem też z licznymi podjazdami ląduję w Iwoniczu Zdrój gdzie szukam campingu. Jak się okazuje jest nieczynny i rozglądam się za alternatywnym miejscem. Okoliczne lasy zbytnio się nie nadają i przy pomocy ludzi rozbijam się centralnie przy byłym ośrodku sportowym niedaleko źródła wody.
Jak się okazuje jest to bardzo uczęszczane miejsce, co chwilę pojawia się ktoś kto chce uzupełnić wodę - oczywiście nie mogło też zabraknąć awantur :-)

Bikepacking Główny Szlak Beskidzki - dzień 7

Sobota, 5 lipca 2014 · Komentarze(0)
Dzień rozpoczyna się bardzo ładnie - kolejny z bardzo ładną pogodą. Tylko wieje dość niemiłosiernie i mam nadzieję, że szybko przez to pogoda się nie zmieni.
Tak więc z Przehyby jest rzut beretem na Radziejową gdzie obowiązkowo wdrapuje się na wieżę widokową. Na górze jest dość ciekawie - wieje bardzo mocno i przez to solidnie trzymam się barierek. Kilka zdjęć i uciekam zanim mnie stamtąd zwieje :)

Wieża widokowa na Radziejowej
Wieża widokowa na Radziejowej © px

Kawałek zjazdu, kawałek stromego sprowadzania podczas którego widać z daleka zniszczenia spowodowane przez wiatrołomy. Tutaj szlaki są już zdecydowanie bardziej czyste i można spokojniej je przemierzać.

Masowo połamane drzewa
Masowo połamane drzewa © px

Stąd też zaczyna się już konkretna jazda! Zero powalonych drzew, droga bardzo ładna, dość równa i przede wszystkim wolna od błota przez co można skupić się na jeździe, a nie walce. Jedzie się naprawdę bardzo sprawnie.
Mijam schronisko na Hali Łagowskiej i wyjeżdżam na pola pod miastem podziwiając jednocześnie widok na Beskid Sądecki - kolory pól i ukształtowanie tereny robi piorunujące wrażenie. Jest naprawdę czym nacieszyć oczy.

Widok na Beskid Sądecki
Widok na Beskid Sądecki © px 

Dodatkową atrakcją jest to, że zjeżdżam do miejscowości Rytro singletrackiem wyłożonym płytami chodnikowymi! :) Bez problemu odnajduję sklep spożywczy w którym klasycznie jem śniadanie złożone m.in. z mega ogromnej drożdżówki z serem - to ja rozumiem!

Kawał drożdżówki!
Kawał drożdżówki! © px

Najedzony zaliczam podjazd po schronisko Cyrla - można tam dojechać bezpośrednio drogą wyłożoną betonowymi płytami. Miejscami jest bardzo stromo, ale zdecydowanie to lepsze niż prowadzenie roweru. Z kilkoma małymi przerwami udaje się mi dojechać bez prowadzenia pod same schronisko. A warto się pod nim zatrzymać - jest bardzo ładne z ciekawymi znakami, zadbane i z miłą obsługą posiada swój klimat. Jak będzie taka możliwość to na pewno tam będę się zatrzymywał.

Schronisko Cyrla
Schronisko Cyrla © px

Dalej na szlaku spotykam dwóch Słowaków którzy też jadą na rowerach i pomagam im we wskazaniu właściwej drogi, a jadą w tym samym kierunku co ja. Są to pierwsi rowerzyści których spotykam na szlaku od początku wyjazdu - więc tym bardziej ich zapamiętuję. 

Słowackie towarzystwo
Słowackie towarzystwo © px

Mijając się na szlaku i zamieniając kilka słów dojeżdżam pod schronisko na Hali Łabowskiej. Zatrzymuje się na szybką konsumpcję batonów i pieczątkę w schronisku. Tutaj już zaczyna pojawiać się coraz więcej ludzi co oznacza tylko jedno - zbliżam się do Krynicy Zdrój. Tego smaczku i jednocześnie poprawiając humor dodaje mi bardzo dobrze wyposażony rower enduro z 150mm skoku. Można? Można! :)

Dobrze wyposażony rower enduro
Dobrze wyposażony rower enduro © px

Jadę więc dalej na mijankę ze Słowakami, a trzymają naprawdę dobre tempo co mnie motywuje do ciągłej jazdy, a nie podchodzenia. Trzeba pokazać klasę :) Ostatecznie się udaje i końcówkę jadę już sam pod schronisko na Jaworzynie. Jak do tej pory teren jest dość wymagający jeśli chodzi o podjazdy, chociaż większość jest do podjechania i korzystam z tej okazji - dziś noga dobrze podaje.
Docieram pod Jaworzynę gdzie jest wyciąg i masa ludzi. Mam tu problem z odnalezieniem schroniska PTTK pośród barów - okazuje się, że trzeba do niego kawałek zjechać. Pogoda zaczyna się trochę psuć, przeczekuję mały deszcz i jazda prosto w dół do Krynicy-Zdrój! Zjeżdżam właściwie szutrową drogą - dziś czerpię samą przyjemność z jazdy :) Niestety tylko po drodze byłem za sprytny i za słabo przytroczyłem poncho do sakwy - zgubiłem je gdzieś na zjeździe. Już nie mam siły podjeżdżać 500m pionie i odpuszczam poszukiwania. Teraz to już absolutnie nie może pojawić się deszcz :)
Krynica-Zdrój jak to turystyczne miasto jest pełne ludzi. Powoli jadąc je zwiedzam, jest ładne i zadbane - to trzeba przyznać. Jednak długo tutaj nie goszczę - robię zakupy, jedzenie i ruszam dalej prosto do Hańczowej.

Stalowy mostek
Stalowy mostek © px

Przemierzając pola i lasy na których o dziwno nie mam większych problemów z nawigacją przygoda zaczyna się dopiero po przekroczeniu tego metalowego mostku w Hańczowej. Najpierw źle jadę drogą, pytając się rolnika dowiaduję się, że szlak prowadzi wzdłuż rzeczki. Tak też i jest, ale po chwili znowu gubię oznaczenia. Na poszukiwaniu szlaku tracę dobre pół godziny i sporej ilości czasu na bieganie góra-dół po zboczu - istna masakra. Wreszcie idę na azymut przez pola - okazuje się, że kawałek dalej była dobra droga do której dołącza później szlak. Jakby nie można było od razu tamtędy poprowadzić. Teraz tylko zaliczam wypych pod Kozie Żebro i zjeżdżam prosto do bazy namiotowej Regetów.

Baza namiotowa w Regetowie
Baza namiotowa w Regetowie © px

Trafiłem akurat na duży obóz dzieciaków czyli typowo obozowy klimat - ognisko, śpiewy przy gitarze itp. Uiszczam skromną opłatę za rozbicie namiotu (niecałe 10 zł). Dostaję też bez problemów wrzątek co natychmiast wykorzystuję do posilenia się. Ludzie jak zwykle są bardzo mili i towarzyscy, więc rozmawia się naprawdę długo i przyjemnie. Powieki już same się zamykają, więc zmierzam do namiotu z odczuciem, że naprawdę był to bardzo dobry dzień. Wreszcie udało się przejechać bardzo ładny dystans i to bardzo sprawnie - 86km i prawie 9h na rowerze mówi samo za siebie. Aby tylko tak dalej!





Bikepacking Główny Szlak Beskidzki - dzień 6

Piątek, 4 lipca 2014 · Komentarze(0)
Po prostu nie ma to jak się budzić z pięknym widokiem na Tatry! Zdjęcie najbardziej to pokaże.

Pola i Tatry
Pola i Tatry © px

A całość jeszcze w akompaniamencie pól oświetlonych porannym słońcem - coś doprawdy pięknego. Górski masyw wybijający się na linii horyzontu - nie mający żadnej konkurencji i wręcz przytłaczający swoją wielkością budzi szacunek. Dla takich widoków warto było przemęczyć się ostatnie kilka dni w błocie, deszczu i przeskakując z rowerem przez drzewa. Widoczność niesamowita, a do samych Tatr jest w linii prostej około 40 km - dobra luneta i zobaczymy turystów na szczycie ;)

Widok na Tatry spod Studzionek
Widok na Tatry spod Studzionek © px 

Spokojnie ruszam na szlak o godzinie 8:00 - czyli dość późno. Dzień nie zapowiada się lepiej od poprzedniego pod względem połamanych drzew - dziś jest istne apogeum w prowadzeniu roweru gdzie teoretycznie da się jechać. Oczywiście wszystko zasługa wiatrołomów. Przynajmniej humor potrafią poprawić szlaki rowerowe w kolorach tęczy - do wyboru do koloru!

Do wyboru do koloru!
Do wyboru do koloru! © px

Oczywiście wszędzie są połamane drzewa - pod Lubań większość czasu chyba je omijałem niż jechałem. Czasem po prostu wyglądają jak specjalnie przygotowane na obóz treningowy w jednostce wojskowej.

Drzewa po wiatrołamach
Drzewa po wiatrołamach © px

Jedynym stałym i pozytywnym elementem jest ciągle niesamowity widok na Tatry. Gdzie las jest trochę przerzedzony czy na szczycie samego Lubania można podziwiać ich niesamowitą panoramę - ten widok prędko mi się nie znudzi.
Niestety jadąc po ścinkach oczyszczanego lasu wpadł mi kijek w tylne koło i skasował jedną szprychę - pierwszy raz mi się to zdarzyło. Jako, że koło nie zaczęło strasznie mocniej bić na boki, zaplatam szprychę o szprychę i jadę dalej - zostało mi jeszcze 31 prób :)

Widok z Lubania
Widok z Lubania © px

Po Lubaniem znajduje się studencka baza namiotowa - bardzo ładnie ulokowana i oczywiście z bardzo przyjaznymi ludźmi. Przysiadam się na chwilę i dowiaduję, że wiatrołomy dotykają też samej bazy - frekwencja tego sezonu jest bardzo mała. Zostaję też ostrzeżony, że czerwony szlak do Krościenka nie jest oczyszczony, ale za to zielony tak. Pomimo tego jadę dalej zielonym póki nie spotykam turystów którzy właśnie nim podchodzą i ostrzegają mnie przed masakrą. Nie chcąc doświadczyć okropności w postaci sprowadzania roweru tam gdzie da się zjechać (koszmar rowerzysty) to kieruję się na azymut drogą wyjeżdżoną przez ciągniki - tu musi być przejezdna. Ale aby nie było tak pięknie to zaliczam całe szczęście nieszkodliwą wywrotkę. Tak już zużyły mi się bloki od chodzenia po kamieniach, że już ledwo co trzymają się pedałów. Na stromym zjeździe nagle wypięła mi się lewa noga. Udało się opanować sytuację. Wypięła się drugi raz - już się nie udało i poleciałem. Trzeba będzie teraz bardziej uważać.

Widok na Dunajec
Widok na Dunajec © px

W Krościenku nad Dunajcem konsumuję pod spożywczakiem bardzo dobre i świeże pieczywo. Tak też zbieram siły na totalny wypych pod Przehybę który mnie później czekał. Miejscami próbuję podjeżdżać, ale tak zostały ze mnie wyciągnięte siły, że czasem ledwo co prowadzę rower. Upał i wcześniejsza masakryczna walka z połamanymi drzewami zrobiły swoje - dobrze, że tutaj już nie ma tego problemu.

Urwane szprychy
Urwane szprychy © px

Postanawiam na Przehybie rozbić namiot - chociaż w planie miałem dziś dalej jechać. Jednak okazuje się, że za dosłownie kilka złotych więcej ze zniżką PTTK mogę mieć pokój - więc korzystam z tego luksusu. Tego miejsca też nie zapomnę ponieważ z Bodkiem w 2011 roku zdobywaliśmy ją szosowo - był to pierwszy taki konkretny podjazd i to z sakwami! Konsumuję obiad i na spokojnie serwisuje rower - obecnie nawet dwa razy w ciągu dnia muszę smarować łańcuch. Dzień kończę miłą pogawędką z Niną i zmęczony kładę się wcześniej spać - jutro już nie ma szans na późne wstawanie.

Bikepacking Główny Szlak Beskidzki - dzień 5

Czwartek, 3 lipca 2014 · Komentarze(1)
Obudzony i wyspany w istnie epickich warunkach - czyli w chatce drwala. Wstaje sobie całkiem wyspany oraz co najważniejsze - mam suche buty i ubrania! Niestety tylko sytuacja za oknem się nie poprawiła, a nawet pogorszyła - pojawiły się burze z piorunami. Przynajmniej daje to nadzieje, że szybko przejdzie. Więc szykuje się do wyjazdu i ruszam w pierwszym lepszym okienku pogodowym.

Epicka chatka drwala
Epicka chatka drwala © px

Początkowo jadę w deszczu, ale całe szczęście przez chmury wreszcie zaczyna przebijać się słońce! Jest co świętować. Mijam Bystrą i myślałem, że szybko dojadę do Jordanowa - nic bardziej mylnego. Po ostatnich opadach rzeczka ładnie przybrała, a szlak został poprowadzony centralnie przez nią bez mostu. Aby się przeprawić w tym miejscu musiałbym mieć ze sobą ponton.


Zatopiony fragment szlaku
Zatopiony fragment szlaku © px

Szybka narada nad mapą i postanawiam cofnąć się i pojechać torami na południowy-wschód do mostu gdzie przekracza rzekę. Jadąc po podkładach i wypatrując nadjeżdżającego pociągu udaje mi się znaleźć lokalny mostek który nie był oznaczony na mapie. Super, bez problemów przeprawiam się na drugą stronę i już centralnie asfaltem dołączam do szlaku w Jordanowie.

Mostek którym udało się przeprawić
Mostek którym udało się przeprawić © px

Jordanów sam w sobie jest bardzo ładną miejscowością z wieloma zabytkowymi budowlami. Robię tam małe zakupy, jem śniadanie z kilku bułek, drożdżówek i serków waniliowych. Na razie kawałek asfaltem, a później wbijam się do lasu na świeżo remontowaną drogę. Na większości był wysypany tylko lepki piasek który zapycha opony i nie za bardzo da się po nim jechać. Oczywiście został wymyty w sporych ilościach po ostatnich deszczach. Tutaj też szlak zaczyna sporo odbiegać od tego co jest na mapie, a ona jest z końcówki 2013 roku. Ale czym bliżej Zakopianki to już jest ok - tylko tutaj czeka ładna przeprawa przez zarośnięte pola. Szlak tutaj na pewno nie jest za bardzo uczęszczany i nie wygląda super atrakcyjnie. Ciężko też się jedzie i trzeba trochę prowadzić chociaż jest płasko.

Pola przed Rabką
Pola przed Rabką © px

Po przecięciu Zakopianki wylatuje na pola gdzie oczywiście jest problem z oznaczeniami szlaku - tutaj już wyjątkowo. Kręcę się wkoło i wreszcie postanawiam zjechać drogami na azymut, bo już nie mam sił szukać szlaku, a droga do Rabki wygląda prosto. Przez to trafiam na szlak "Drogi Krzyżowej" i bez większych problemów przedzieram się przez Rabkę Zdrój. Widać, że to jest turystyczna i zdrojowa miejscowość - ma bardzo duży park (bardzo ładny) oraz tłumy ludzi.
Stąd też zaczynam mój podjazd pod Turbacz - wbrew pozorom idzie całkiem sprawnie pomimo sporej ilości wypychu.

W drodze na Turbacz
W drodze na Turbacz © px

Mijam dwa schroniska - najpierw "Na Maciejowej", a później "Stare Wierchy". Pokonuje kolejne kilometry delektując się widokami i piękną pogodą - teraz to człowiek dopiero to docenia. A jak się zmieniło to konkretnie - temperatura trzyma się ok. 30 st. Końcowy wypych i jestem już na szczycie Turbacza. Tutaj po raz pierwszy jest mi dane zobaczyć Tatry na tym wyjeździe - coś doprawdy niesamowitego!

Na szczycie Turbacza
Na szczycie Turbacza © px

Stąd już niedaleko do schroniska, więc natychmiast do niego ruszam. Też tutaj po raz pierwszy zaczyna się moje omijanie powalonych drzew, a to jest dopiero początek tego co nastąpi. Na długich odcinkach po prostu nie da się jechać. 

Schronisko pod Turbaczem
Schronisko pod Turbaczem © px

Schronisko samo w sobie jest bardzo ładnie ulokowane - z bezpośrednim widokiem na Tatry.

Widok na Tatry z Turbacza
Widok na Tatry z Turbacza © px

Niesamowitym widokiem dla mnie była też odprawiana msza "polowa" zaraz pod schroniskiem. Generalnie ruch tutaj jest całkiem spory i nawet spotykam kilku rowerzystów.

Modlitwa polowa pod Turbaczem
Modlitwa polowa pod Turbaczem © px

Chwilę zajmuje odnalezienie mi szlaku, ale jak już na niego trafiłem to pięknie prowadzi przez hale, aż do przełęczy gdzie są ulokowane nawet ławki, aby podziwiać okoliczne widoki. A są naprawdę rewelacyjne! 
Stąd zaczyna się już konkretna jazda przez co bardzo sprawnie i przyjemnie mi się zjeżdża. Musiałem też zatrzymać się w kilku miejscach, aby zrobić zdjęcia tych wyjątkowych miejsc - pola pełnego kolorowych kwiatów oraz widoku na jezioro Czorsztyńskie ulokowane bezpośrednio pomiędzy górami.

Widok na pole z kwiatami
Widok na pole z kwiatami © px
Widok na jezioro Czorsztyńskie
Widok na jezioro Czorsztyńskie © px

Niestety wszystko piękne kiedyś musi się kończyć. Tak i też teraz dopadła mnie niezła koncentracja powalonych przez wiatr drzew. Schodzę z roweru, omijam drzewo, jadę kawałek, schodzę, omijam i tak dosłownie w kółko. Miejscami widać, że zostaje to sprzątane i wycinane, ale jest tego taka potworna ilość, że zejdzie się z tym dobry rok.

Powalone drzewa po wiatrołamach
Powalone drzewa po wiatrołamach © px

W jednym miejscu to walczyłem chyba z 10 min aby przejść przez wąwóz wypełniony drzewami... Normalnie niczym w jakiejś dżungli. Zdjęcie poniżej bardzo dokładnie to przedstawia :) - tak, teraz mogę się uśmiechać, a wtedy mi nie było za bardzo do śmiechu.

Masakryczne przedzieranie się przez powalone drzewa
Masakryczne przedzieranie się przez powalone drzewa © px

Weryfikuję szybko swoją sytuację i postanawiam zakończyć dziś dzień w oznaczonej na mapie stacji turystycznej "Studzionki" - właściwie to w najwyżej położonej, całorocznie zamieszkałej miejscowości w Polsce.
Chciałem rozbić namiot u kogoś na podwórku, ale ostatecznie cofnąłem się kawałek pod górę i ulokowałem się małej polance z krzyżem gdzie ktoś już postawił namiot. Okazało się, że to był ksiądz i myślę, że to nie był przypadek, że zaraz pod krzyże - nie za bardzo rozmowy zresztą ;)
Okazało się to idealne miejsce - była ławeczka ze stołem, a do tego mogłem jeść obiad (puree + zupka chińska) z pięknym widokiem na Tatry podczas zachodu słońca (tylko akurat nie zachodziło za Tatrami).

Nocleg w Studzionkach
Nocleg w Studzionkach © px

Bikepacking Główny Szlak Beskidzki - dzień 4

Środa, 2 lipca 2014 · Komentarze(2)
Wczoraj zasnąłem z super pogodą, a obudziłem się niestety z deszczową. Naszło sporo chmur przez co cały dzień taki się zapowiada...
Więc powoli się zbieram i rano zanim wyruszyłem do bazy namiotowej zawitał "koks" co pieszo mnie wyprzedził w pokonaniu GSB chociaż startował pół dnia później. Jest już na nogach od 5:00 rano - naprawdę niezłe tempo, aby na rowerze mi tak szło :) Wreszcie udaje mi się ruszyć - całe szczęście buty są na razie suche.

Brzydka pogoda z samego rana
Brzydka pogoda z samego rana © px

Deszcz nie przestaje padać, a przede mną Babiogórski Park Narodowy. Tutaj pojawia się mój duży dylemat co z nim robić. Po pierwsze jest tam zakaz dla rowerów i po drugie czekałoby mnie ponad 600 m w pionie wypychu pod samą Babią Górę w deszczowych warunkach. Ostatecznie odpuszczam i omijam Babią Górę przez Zawoję i Mosorny Groń - cały czas oczywiście szlakami. W Zawoi gdzie przypominam sobie miejsce V zlotu Forum Rowerowego.org dopada mnie kulminacja deszczu - poncho okazuje się tutaj zbawienne. Cieszę się, że w sumie podjąłem trudną dla mnie decyzję o ominięciu Babiej Góry - w takich warunkach byłaby masakra, a do tego typowe buty MTB zbytnio się nie nadają do dłuższego chodzenia. Już praktycznie odpadły mi wszystkie korki i chodzę na samej podeszwie z blokami.

Rowerzysta + poncho
Rowerzysta + poncho © px

Tak więc szybki popas w sklepie spożywczym gdzie udaje mi się trochę zagrzać i ruszam żółtym szlakiem na Mosorny Groń. Z początku trochę prowadzenia - nawet ładną kładką przez rzeczkę, kawałek podjazdu i sporo wypychu. Idzie całkiem sprawnie, a nawet deszcz przestaje padać! Jest dobrze, a do tego widoki są dość ciekawe - w oddali przebija się od czasu do czasu szczyt Babiej Góry.

Pochmurny widok z Mosornego Gronia
Pochmurny widok z Mosornego Gronia © px

Dalej to już zaczyna się konkretny wypych pod Halę Śmietanową żółtym szlakiem - stromo pod górę i to jeszcze po konkretnych korzeniach. Większość mojej drogi wygląda tak, że najpierw wpycham rower, a później podchodzę, wpycham rower, podchodzę... I tak setki razy :)

Wypych pod Halę Śmietanową
Wypych pod Halę Śmietanową © px

Wreszcie się udało i zaczyna się trochę lepiej - można jechać! Podjazd pod Policę i już stamtąd generalnie w doł. Wszystko byłoby piękne jakby nie tylko połamane drzewa które leżą na środku szlaku... Musiałem wiele omijać bokiem specjalnie utworzonymi ścieżkami które ze względów oczywistych nie są za bardzo dla rowerów, więc musiałem sporo z niego schodzić.

Powalone drzewa na szlaku po wiatrołamach
Powalone drzewa na szlaku po wiatrołamach © px

Sam widok też się prezentuje całkiem dramatycznie - widać wiele martwych, połamanych drzew. W takim też klimacie mijam pomnik katastrofy lotniczej i kieruję się w stronę schroniska na Hali Krupowej.

Straszne połamane drzewa
Straszne połamane drzewa © px

Pod samo schronisko docieram już w deszczu. Postanawiam tam zrobić dłuższy postój, więc szaleję i zamawiam pierogi ruskie plus frytki - nie ma to jak wreszcie normalne jedzenie, nie ciągle puree ;) Niestety cały czas leje z nieba i mimo wszystko postanawiam jechać dalej. Zakładam więc poncho i ruszam do przodu. Do tego zachęca mnie to, że teraz mam więcej w dół - praktycznie sam zjazd do Bystrej. Ale w tych warunkach nawet nie ma co się cieszyć zjazdem tylko trzeba bardziej pilnować prędkości z rękami na hamulcach.

Widok w chmurach
Widok w chmurach © px

Deszcz pada nieubłaganie. Postanawiam dojechać tylko do miejscowości Bystra gdzie będę szukał jakiegoś noclegu, a jest tam jeszcze kawałek więc zapowiada się grubo.
Ni stąd, ni zowąd staje się normalnie cud! Po drodze napotykam opuszczoną chatkę drwali, zaglądam do niej - pusto. Rozglądam się, jest piec, a nawet suche drewno. Normalnie bajka! Długo się nie zastanawiając postanawiam zostać tutaj na noc. Warunki po prostu rewelacyjne!

Niesamowita chatka drwala w środku
Niesamowita chatka drwala w środku © px

Rozpalam drewnem w piecu - robię to po raz pierwszy w życiu i jakoś się udaje. Pomieszczenie szybko napełnia się ciepłem i mogę spokojnie siedzieć w krótkim rękawku kiedy za oknem cały czas pada deszcz - termometr pokazuje ponad 20 st.
Ogólnie jest całkiem czysto, znajduje gazety z 1997 roku, więc długo stoi to nieużywane. Cały czas nie mogę uwierzyć, że znalazłem takie miejsce, normalnie szóstka w lotto! :) Rozwieszam więc wszystko co się da do suszenia i wymieniam wreszcie klocki hamulcowe - pod koniec już tarłem samymi blaszkami.

Niesamowita chatka drwala
Niesamowita chatka drwala © px

Odwiedza mnie tylko jeszcze małe zwierzątko - Popielica. Skacze i wspina się po całym pomieszczeniu (trochę szurała też w nocy), zaprzyjaźniła też się z moim rowerem - widocznie zwierzęta bardzo go lubią :)
Jem tylko klasycznie puree z kostką rosołową na obiadokolację plus zupka chińska dla smaku. Wrzucam trochę więcej drewna do pieca i układam się spać w naprawdę dobrym humorze - oraz najważniejsze w suchym miejscu z możliwością suszenia rzeczy - dosłownie luksus! Zapowiada się, że będę miał suche buty :)


Bikepacking Główny Szlak Beskidzki - dzień 3

Wtorek, 1 lipca 2014 · Komentarze(0)
Po masakrycznym wczorajszym dniu dziś wstaję zdecydowanie wcześniej - rower jest przygotowany, ubrania suche. Tutaj podziękowania też dla właścicieli, bo udało się dobrze wysuszyć ciuchy w kotłowni - tylko buty pozostały mokre, więc tak też zbieram się i ruszam w drogę mijając rzekę Sole która zauważalnie przybrała. Delikatnie kropi, ale generalnie jest ok - można jechać.

Rzeka Sola
Rzeka Sola © px

Najpierw asfaltem później przez pola mozolnie podjeżdżam pod Abrahamów. Idzie całkiem sprawnie i wreszcie zaczynają się pojawiać jakieś widoki - ciemne chmury dodają jeszcze dramaturgii :)

Okolice Węgierskiej Górki
Okolice Węgierskiej Górki © px
Widok na halę
Widok na pole © px

Do prywatnego schroniska "Słowianka" jedzie się całkiem przyjemnie chociaż towarzyszy mi cały czas błoto i nie można za szybko jechać. Później jak wyjeżdżamy na otwarte pole zaczyna się wielkie pchanie roweru pod górę. Nie przeszkadza tylko dość duże nachylenie, ale też wycinka drzew po której szlak jest bardzo zdewastowany. Dobrze, że oznaczenia zostały odnowione to przynajmniej nie ma problemów z nawigacją.

Ciężkie podejście po wycince
Ciężkie podejście po wycince © px

Odcinek do schorniska "Na Rysiance" bardzo się dłuży. Tylko w nielicznych miejscach wsiadam na rower, ścieżka często jest bardzo wąska, a w jednym miejscu są nawet zamocowane łańcuchy, aby pokonać dość ciężki odcinek (ledwo co udało mi się go przejść z rowerem na plecach) Co jak co - ten fragment nie nadaje się na jazdę rowerem. Za to widoki które temu towarzyszą są bardzo ładne - zwłaszcza jak pokonujemy otwartą przestrzeń na halach.

Łańcuchy na szlaku
Łańcuchy na szlaku © px

Akurat kiedy dotarłem pod schronisko nagle naszły chmury, widoczność spadła do ok. 50 m i zaczął padać deszcz. Spędziłem w nim z godzinę aż trochę się przepogodzi - przynajmniej miałem okazję, aby zadzwonić do mojej dziewczyny i miło porozmawiać :)
Schronisko samo w sobie jest bardzo ładne, ulokowane praktycznie na samej Hali Rysianka skąd roztacza się ładny widok. Chmury uciekły to i ja uciekam ze schroniska.

Widok na halę
Widok na halę © px

Tutaj już nawet da się całkiem przyjemnie jechać - w jednym miejscu ścieżka na krótkim fragmencie się rozwidla i nawet zostaje pozostawiony nam wybór czy wolimy jechać po korzeniach czy kamieniach - luksus :)

Korzenie czy kamienie? :)
Korzenie czy kamienie? :) © px

Na dojeździe do Hali Miziowej miałem jedną z najciekawszych i miłych sytuacji na całym wyjeździe (jak nie numer jeden). A właściwie... Zaatakował mnie ptak! :)

Ptak na oponie! :)
Ptak na oponie! :) © px

Jadę sobie spokojnie, a tu patrzę coś rusza się na ścieżce - a to mały ptaszek. Chcę go tylko spokojnie przenieść ze ścieżki w bezpieczne miejsce, a on nie chce na rękę. Delikatnie próbowałem go przegonić to przyczepił mi się do opony i nie chciał z niej zejść (widać bardzo lubi dwa kółka). Raz nawet ją udziobał - już myślałem, że mi ją przedziurawi! To byłaby historia - ptak przedziurawił mi oponę :) Więc ostatecznie udało mi się go na chwilę wziąć na rękę (całkiem mocno dziobie skubany!) i przenieść w pobliskie krzaki, najwidoczniej miał problemy z lataniem, ale za to nie miał problemów z pozowaniem do aparatu. Bardzo ciekawie i żwawo ruszał głową :)

Atak ptaka! :)
Atak ptaka! :) © px

Więc tak też przyjemnie docieram do schroniska na Hali Miziowej, uzupełnienie wody, stempel do książeczki, pocztówka do Niny i jazda dalej na szlak. Początkowo tylko sprowadzam rower, jest to zwłaszcza wkurzające, bo jednak nabrało się sporo wysokości.

Widok z Hali Miziowej
Widok z Hali Miziowej © px

Czym niżej jest już lepiej, a końcówka to bajka - w sumie to by była jakby nie mokre warunki. Jechałem po glinie/piachu co w suchych warunkach byłoby rewelacyjne - opona dobrze się trzyma i można ładnie manewrować pośród drzew, a tak trzeba uważać aby tylko koło gdzieś nie uciekło.
Mimo wszystko sprawnie docieram do przełęczy Glinne gdzie jest już nieczynne przejście graniczne ze Słowacją. Wykorzystuję mały przebłysk słońca i suszę buty na nim - ile tylko się da. Stamtąd jest tylko bardzo ostre podejście pod Studenta, a dalej już nawet całkiem sprawnie udaje się jechać. Mijam też bardzo ciekawy płot ozdobiony puszkami - dość niespotykana rzecz. Ucinam też krótką pogawędkę z miejscowym rolnikiem który narzeka, że nie dbają o szlak i tworzenie odpływów w bardziej podmokłych miejscach - faktycznie w wielu woda stoi i ciężko jest przejechać.

Płot z puszek
Płot z puszek © px

Za cel dzisiejszego dnia obrałem sobie studencką bazę namiotową Głuchaczki. Docieram tam o bardzo dobrej godzinie, rozbijam namiot i uiszczam za to symboliczną opłatę (niecałe 7 zł z kartą PTTK). Ludzie byli dość zdziwieni, że zamierzam przemierzyć Główny Szlak Beskidzki na rowerze, a dowiedziałem się, że pieszo pokonuje go całkiem pokaźna ilość ludzi. Klimat tej bazy jest naprawdę niesamowity - sama jest ulokowana na delikatnym zboczu ze wspaniałym widokiem. Jest tutaj dostęp do wody prosto ze strumienia, toalety, a nawet jest prysznic. W chatce jest piec, więc nie ma problemu ze wrzątkiem, a nawet w nim suszą mi buty :) Zostaję nawet poczęstowany "pulpą", czyli makaron zmieszany chyba ze wszystkim co się da :) Ku memu zaskoczeniu jest tu nawet boisko do siatkówki, dość prowizoryczne, ale jest. Zostaję zaproszony do gry, atmosfera jest bardzo miła - tylko trzeba sporo biegać po piłkę jak się stoczy ze zbocza :) Na koniec dnia oczywiście ognisko z gitarą i zagadkami. 

Głuchaczki - baza namiotowa
Głuchaczki - baza namiotowa © px

Czym później to pogoda jest tylko lepsza, można podziwiać nawet ładny zachód słońca - biorę to za dobry znak na jutro. Więc spędzam tylko chwilę na ognisku i lecę spać - rano trzeba wreszcie wstać. Dzień można uznać za udany - wreszcie jakiś normalny dystans.

Zachód słońca - baza namiotowa Głuchaczki
Zachód słońca - baza namiotowa Głuchaczki © px